O mnie
- Łukasz Łoziński
- Literaturoznawca, antropolog. 2005 r. - laureat ogólnopolskiego konkursu na cykl wierszy (ex aequo z kilkunastoma innymi uczestnikami). 2010 r. - zaliczenie z logiki. W przyszłości liczy na kolejne sukcesy.
czwartek, 3 grudnia 2015
NOWY KOLORYT
Gdzieś na fb mignęło mi zdjęcie prezydenta Dudy w Sejmie. W komentarzach słowa zachwytu dla głowy państwa, która, jak się okazuje, roztacza niezwykłą aurę także na wystrój sali plenarnej. "Jaki piękny bukiet biało-czerwonych kwiatów" - ktoś westchnął. Scrolluję dalej, ale męczy mnie to. Przecież chodzi o ten wazon z kwiatami w narodowych barwach, który od wielu lat znajduje się po lewej ręce marszałka. Bukiet na zdjęciu nie wyglądał szczególnie dorodnie, okrągły w formie, biało-czerwony w treści, jak zwykle. Ale może. Może kiedyś stał tam brzydki bukiet czarno-białych kwiatów.
czwartek, 22 października 2015
PSIA SŁUŻBA ZDROWIA
Tako rzecze Janusz Korwin-Mikke: „Jedyna firma, która działa
przyzwoicie w medycynie to jest weterynaria. Bo nie ma tam Ministerstwa Chorych
Psów, nie ma Narodowego Funduszu Zdrowia Kotów i dlatego firma działa
bezbłędnie, działa trzy razy taniej."
Trzy refleksje. 1. Żeby
ludzka służba zdrowia zaczęła się opłacać, trzeba natychmiast usypiać
wszystkich ciężej chorych. 2. Ministerstwo Chorych Psów miałoby tak
fantastyczny pr i zasięg na fb, że praca w nim byłaby najlepszą ścieżką kariery
dla wszystkich czworo- i dwunogów. 3. Ciasteczka czyszczące zęby zamiast pasty
i szczotki.
Kraków, 22 X 2015
Kraków, 22 X 2015
piątek, 26 września 2014
PARYTETY DLA PISARZY
Igor Ostachowicz, pod presją opinii publicznej, zrezygnował z pełnienia funkcji w zarządzie PKN Orlen, choć posiada świetne kwalifikacje do podjęcia tej pracy. Zdumienie niektórych komentatorów, że były doradca premiera przechodzi do branży paliwowej, można uzasadnić chyba tylko niewiedzą. Do zajęć Ostachowicza miało należeć dbanie o public relations i komunikację korporacyjną, nie usprawnienie dystrybucji ropy lub benzyny.
Zabawne jest to, że teraz minister skarbu, zgodnie z procedurami, zarekomenduje po prostu inną osobę. Raczej związaną z sektorem prywatnym niż kancelarią premiera, bo Polacy są w stanie zaakceptować bardzo wysokie zarobki biznesmenów, ale nie byłych urzędników. Stawki w radzie nadzorczej Orlenu się nie zmienią – 2 miliony złotych rocznie, o których trąbią media, nie zostaną teraz rozdane biednym – po prostu otrzyma je kto inny niż Ostachowicz. Wszyscy odetchnęli, między innymi Grzegorz Schetyna, który, jak sam ujawnia, poczuł „wielką ulgę”.
Ja jednak wołam: czemu nie Ostachowicz? Może napisałby w międzyczasie książkę równie dobrą jak Noc żywych Żydów. I domagając się pisarskich parytetów na posadach rządowych, rekomenduję, jako gliwicki patriota, Szczepana Twardocha i Krzysztofa Siwczyka. Na pewno się w razie potrzeby nauczą, czym jest ład korporacyjny. Równie szybko, jak Schetyna zostanie wytrawnym dyplomatą.
Zabawne jest to, że teraz minister skarbu, zgodnie z procedurami, zarekomenduje po prostu inną osobę. Raczej związaną z sektorem prywatnym niż kancelarią premiera, bo Polacy są w stanie zaakceptować bardzo wysokie zarobki biznesmenów, ale nie byłych urzędników. Stawki w radzie nadzorczej Orlenu się nie zmienią – 2 miliony złotych rocznie, o których trąbią media, nie zostaną teraz rozdane biednym – po prostu otrzyma je kto inny niż Ostachowicz. Wszyscy odetchnęli, między innymi Grzegorz Schetyna, który, jak sam ujawnia, poczuł „wielką ulgę”.
Ja jednak wołam: czemu nie Ostachowicz? Może napisałby w międzyczasie książkę równie dobrą jak Noc żywych Żydów. I domagając się pisarskich parytetów na posadach rządowych, rekomenduję, jako gliwicki patriota, Szczepana Twardocha i Krzysztofa Siwczyka. Na pewno się w razie potrzeby nauczą, czym jest ład korporacyjny. Równie szybko, jak Schetyna zostanie wytrawnym dyplomatą.
Gliwice, 26 IX 2014
środa, 10 września 2014
POLSKOŚĆ ŚLĄSKA. WIEŚĆ Z BERLINA
Obejrzałem niedawno serial Nasze matki, nasi ojcowie. Recepcja w Polsce co najmniej
histeryczna, choć wielkich powodów po temu nie ma – w mojej ocenie wszystkie
wątki są prawdopodobne, łącznie z antysemicką postawą niektórych żołnierzy
Armii Krajowej. Trochę szkoda, że nie zaproszono do współpracy aktorów
mówiących po naszemu równie przekonująco, jak statyści z Czterech pancernych wykrzykiwali Hände hoch! Ale mniejsza o to.
Zastanawia mnie tylko, czemu bohaterowie, według wyświetlanych
na ekranie napisów, znajdują się w czasie wojny w takich miejscowościach jak Gliwice, Polen czy Klodzko, Polen. Mój dziadek miał w dowodzie osobistym PRL podobny
anachronizm – urodzony 24.8.1936, Lviv, ZSRR – ale to były inne czasy! Jedyne
wytłumaczenie, jakie znajduję, to po prostu przyznanie się po latach do
odwiecznej polskości ziem, które po Wielkiej Wojnie niesłusznie przypadły
Republice Weimarskiej. Wprawdzie według dostępnych danych większość mieszkańców
Gleiwitz i Glatz uważała się za Niemców, zaś język Goethego służył im zarówno w
kontaktach publicznych, jak intymnych – mein schöner Vogel – ale siła słowiańskiej krwi ma znaczenie decydujące.
Niestety w
serialu jeden z podgliwickich chłopów raczy uciekających z transportu do
Oświęcimia bohaterów śrutem z dwururki, myślę jednak, że możemy, jako naród,
wziąć odpowiedzialność za ten incydent. Ceną jest prawda o Ziemiach
Odzyskanych. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas zachodni sąsiedzi przyznają nam
prawa do Drezna, Lipska i Berlina, przedwiecznych osiedli słowiańskich.
Gliwice, 10
IX 2014
niedziela, 1 grudnia 2013
DROGA 969. HISTORIA PRAWDZIWA
W
Zetce leciało Comment ça va. Długo
czekał na dobrą nutę, bo ciągle puszczają Patrycję Markowską i inne gwiazdeczki
– zamiast przypomnieć czasy, kiedy „życie było mocne, szybkość też niczego
sobie”. Zwiększył głośność, żeby czuć w żebrach wibrowanie basu. Zapalił
goździkową fajkę. Z wolna rozchodził się aromat luksusu, zagłuszając woń dawno
nie pranej kurtki puchowej. Ostrowsko zalecało się omszałymi gontami, sidingiem gdzieniegdzie. Padał śnieg, ale
wszystkiego nawet przez miesiąc nie przykryje.
Na
szczęście wlokący się przodem autobus na Szczawnicę zwolnił przed wysepką z przejściem
dla pieszych. Po prawej szkoła podstawowa. Ale przecież o tej porze wszystkie
dzieci śpią w jeziorze. To był moment na nadrobienie dystansu. Ostro
przyspieszył, skrzynia biegów szarpnęła siedzeniem. Tuż za wysepką wychylił się
zza zasłaniającego widok autobusu – tak jak przypuszczał, nic nie jechało. Zresztą
nawet gdyby. Od zawsze chciał umrzeć w ten sposób. Z fajką w ustach, z dobrą
nutą w uszach. Z pełnym busem zadowolonych klientów.
Kraków
(Wichury), 1 XII 2013
czwartek, 15 listopada 2012
DZIENNIK WŁOSKIEGO PARTYZANTA. FRAGMENT
Jest
ciężko. Wszyscy tęsknimy za pastą u mamy. W nocy temperatura spada poniżej 20
stopni. Wczoraj wzięła nas taka ochota na wino, że po kryjomu zeszliśmy do wioski.
Zrywamy owoce z krzaka i jemy, tak po prostu, jak zwierzęta, nie ma nawet czasu czekać, aż sfermentuje i
swoje odleży w piwnicy. Dziś przed świtem zabraliśmy jednemu z wieśniaków
wieprza – upieczony na ognisku w niczym nie przypominał prosciutto. Czekamy z
utęsknieniem na zrzuty, bo zabrakło kawusi, pijemy zwykłą wodę artezyjską z etruskich pucharów. Kiedyż ta wojna się skończy? Od trzech miesięcy nie byłem w operze.
Kraków
(Wichury), 12 XI 2012
środa, 10 października 2012
OSTENTACJA. CUDZA ANEGDOTA
Prof.
Robotycki opowiadał nam na seminarium o młodszym koledze, z którym siedział w
czasie stanu wojennego. Jako nieszczególnie groźni mieli prawo do korzystania
nie tylko z więziennej biblioteki – niestety powyrywane
wszelkie sceny erotyczne – ale też ze zbiorów własnych. Otóż ów młodszy sąsiad
poprosił rodzinę o przysłanie wydanych w formie książkowej akt z procesów
norymberskich. Zawczasu przygotowywał się do zamiany ról.
Kraków
(Wichury), 10 X 2012
niedziela, 23 września 2012
DWA I PÓŁ ROKU. ZWIĘŹLE
TVP Historia nadaje
rosyjską produkcję o tzw. Blokadzie Leningradu. SERIAL. Chyba nikt się nie
spodziewał półtoragodzinnego filmu.
Gliwice
(Harcerska), 23 IX 2012
środa, 19 września 2012
DZIEŃ WEWNĘTRZNY. HISTORIA PRAWDZIWA
ŁUKASZ
wchodzi do Sekretariatu Polonistyki UJ, cały
spocony, pyta z przerażeniem w głosie
Dzień
dobry, ja miałem donieść brakujące dokumenty, gdzie znajdę panią E. B.?
PANI
J. K. podrywając się z miejsca, z
wyraźnymi oznakami nagłego uderzenia krwi do głowy i rozległych okolic
Pani
E. B. wyszła. Kilka minut temu. Zresztą dziś jest dzień wewnętrzny.
PANI J. K. wychodzi zza lady,
aby ustanowić jasny podział – po jej prawej ręce zbawieni pracownicy sekretariatu,
po lewej ŁUKASZ
ŁUKASZ
Ja
wiem, ale pani E. B. kazała mi przyjść akurat dziś, to gdzie jej szukać?
PANI
J. K. filozoficznie
Czekać.
ŁUKASZ wychodzi na korytarz.
Siada na podłodze. Zza drzwi słychać, że w sekretariacie powrócono do
przerwanej rozmowy
PAN
M. S.
No
więc teraz młodzież wszystkie informacje czerpie z Internetu. A przecież tam same głupoty wypisują! Ja, jak chcę się czegoś dowiedzieć, sięgam po
dwudziestosześciotomową encyklopedię i czytam. I to już trochę inaczej jest,
bo...
PANI
J. K. tryumfalnie
Bo
się człowiek alfabetu uczy!
PAN
M. S.
A
to swoją drogą, bo mój bratanek nawet alfabetu dobrze nie zna, ja nie wiem, jak
on jakiekolwiek książki znajduje...
PANI
K. N. rzeczowo
W
katalogu komputerowym.
PAN
M. S.
No
dobrze, ale chyba nie wszędzie jest już katalog komputerowy, co?
WIKIPEDYSTA:LUKASZ.LOZINSKI
wyciąga harcerski kozik, popełnia harakiri, a własną krwią znaczy na drzwiach
litery K + M + B – ażeby Anioł Śmierci ominął domostwo Zachowujących Prawo
Kraków
(Wichury), 19 IX 2012
piątek, 7 września 2012
PERUVIAN LIFESTYLE. HISTORIA PRAWDZIWA
Bosman
Skrzyszowski: To, co Europejczyka najbardziej w Peru szokuje, obrzydza, to ich
podejście do śmieci. Wielu ludzi żyje tam naprawdę ubogo, więc dla nich w ogóle
nie jest ważne, żeby obejście było jakoś schludnie utrzymane. Śmieci się tam
najczęściej wyrzuca do rzeki. Zresztą, wiesz, dla nich nie jest najważniejsze,
żeby ładnie mieszkać, starają się miło spędzać czas ze znajomymi i tyle. Nawet
w Limie, w parku, ludzie przychodzą na piknik, siadają na trawie, a wszędzie
wokół leżą sterty śmieci. Dzisiejszych i wczorajszych.
Łukasz:
To tak jak na miasteczku AGH.
Bosman
Skrzyszowski: No coś w tym stylu.
Kraków
(Wichury), 7 IX 2012
wtorek, 3 lipca 2012
HIPERMARKETING. WYZNANIE
Za
każdym razem, gdy czytam podobne do niczego nazwy produktów z Ikëi, nie mogę
się oprzeć uczuciu, że zostałem przeniesiony do Doliny Muminków. Wpienia mnie
to, nienawidzę marketingu odwołującego się do dziecięctwa, reklamy ubezpieczeń z
małolatami zawsze wytrącają mnie z równowagi. Niby wiem, że nie mam nikogo na
utrzymaniu, nie potrzebuję polisy na życie, a jednak te sierotki tak smutno
patrzą, jakbym to ja był mężczyzną zobowiązanym do zapewnienia im startu.
To już nie tylko od taty zależy, nieboraczki, przyszło równouprawnienie! A
najgorsze ze wszystkiego są kampanie społeczne w sprawie niedożywienia – jak to
kiedyś ujął Adaś Miauczyński: „kurwa, jeszcze z tymi dziećmi jebanymi”.
Co
więcej, tak samo jak wielu młodych ludzi niezdolnych do samodzielnego
utrzymywania się, reaguję alergicznie, gdy ktoś traktuje mnie jak dziecko. Jednakowoż
czar szwedzkiej baśni rozsnuwa się nad moją głową, te szklanki 350 ml za 1,39
zł – nazwali je pewnie Hatifnaty albo Tøvë Jånssön – wryją się w podświadomość bardzo głęboko. Już wkrótce będę musiał kupić Skydda Mjuk – ochraniacz na
materac, który utrzymuje stałą temperaturę, ułatwiając doskonały odpoczynek w
nocy. Wewnętrzna tkanina absorbuje i przechowuje ciepło, gdy jest Mi gorąco,
oraz oddaje je, gdy jest Mi zimno. Wreszcie zrozumiałem te bezsenne noce i
przewracanie się z boku na bok do piątej rano, mimo hektolitrów zimnego mleka i
ciepłego koniaku.
Na
szczęście grube szkło moich Hatifnatów utrzyma temperaturę napitku na
odpowiednim poziomie, aby ukołysać właściciela jak rodzona matka. Jest mi
dobrze, minionego dnia obejrzałem tak wiele sprytnych pomysłów na sypialnię, że
wreszcie uwierzyłem – mój skromny pokoik uda się jakoś urządzić, jeśli tylko zaufam natartym oliwą ludziom Północy chłoszczącym się nawzajem
po łydkach. Nakarmili mnie łososiem z brokułami i mogłem sobie dolewać kawy aż
do szczękościsku. Byłem nagi, a zostałem okryty – razem z kanapą – za pomocą
cudownego narzutokoca Birgit Strå. Przymykam oczy, marzę o segregacji odpadów, żarówki Øsram migocą nade mną, na wszystko się zgadzam, Wikingowie, bierzcie mnie, brodaci
rogacze, załóżmy dynastię Rurykowiczów. Buka nas nie odnajdzie.
Kraków
(Wichury), 2 VII 2012
wtorek, 26 czerwca 2012
SPONSORING. WYZNANIE
Powiedzcie,
że się popisuję, ale ja naprawdę lubię przetrzymywać książki z biblioteki. To
jeden z niewielu luksusów, na jakie sobie pozwalam. Zostałem wychowany jako
rozsądny mieszczanin, kupuję nabiał na promocjach i później przez cały wieczór,
póki nie wybije północ, muszę jeść jogurt naturalny, popijając śmietaną
osiemnastką. Z moją dziewczyną wchodzimy do klubu dopiero po przemierzeniu
całej Szewskiej, Floriańskiej i Sławkowskiej – naszą prestiżową obecność
wygrywa ten lokal, w którym dają najwięcej shotów za free. Fajne jest też to,
że Ewelinie się po tym spacerze nie bardzo chce tańczyć.
Niekiedy
jednak coś we mnie wypowiada swój głośny sprzeciw, pożądając dionizyjskiej
rozkoszy irracjonalizmu. Bo to jest rozkosz – podejść do lady i położyć tam
książkę z kartą biblioteczną na wierzchu. Pani wtedy mówi: jak tylko zwrot, to
karty nie trzeba. A ja na to ze spokojem człowieka, który zna regulamin,
zwyczaje panujące i wszystkie mechanizmy systemu elektronicznego, odpowiadam
krótko, że przetrzymana. Nie, nie czuję wstydu, skończyły się czasy szkolnej
biblioteki, gdzie ten dwumetrowy potwór w koku żądał ode mnie – zapewne w
imieniu wszystkich użytkowników – przeprosin. Już nie będzie więcej skruchy,
płacę i wymagam! Jestem w takich chwilach nie mniej bezczelny niż odrzucony
przez pierwszą miłość okularnik, kiedy wybiera się na dziwki. Nie możecie mnie już
lekceważyć, kobiety, jestem waszym klientem!
Istnieje
też bardziej racjonalny aspekt przyjemności przetrzymywania. Bo, owszem, to jest
świadomie podjęta decyzja, nie kłopoty z pamięcią. Mówię sobie: jestem tego
wart, mam dziś nie po drodze, mogę pójść jutro, już zapłacę te pięćdziesiąt groszy.
Stać mnie! Wreszcie jestem czyimś mecenasem – tak rzadko mam do tego okazję
poza niedzielnym nabożeństwem, kolędą i sakramentami. Przecież bez
sponsoringu nie można uzyskać akcesu do upper
middle class, inaczej przezwą cię nuworyszem, nie zaproszą na tenisa! I nie
chodzi tu o obnoszenie się z uczynionym dobrem, nie jestem tak małostkowy jak idioci, którzy, przekazując bibliotekom swoje zbiory, oczekują
podziękowań na mosiężnej tablicy. Ale kiedy znajomi rozmawiają o
dobroczynności, wiem, że nie muszę się czuć gorszy. Edukacja to podstawa. Trzeba
ludziom dawać wędkę, a nie rybę, jako w Afryce, tak i u nas.
Kraków
(Wichury), 26 VI 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)