O mnie

Moje zdjęcie
Literaturoznawca, antropolog. 2005 r. - laureat ogólnopolskiego konkursu na cykl wierszy (ex aequo z kilkunastoma innymi uczestnikami). 2010 r. - zaliczenie z logiki. W przyszłości liczy na kolejne sukcesy.

wtorek, 10 stycznia 2017

REFORMA EDUKACJI - RADYKALNE ZMIANY

W dniu wczorajszym pan prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę wygaszającą gimnazja. Konsekwencje są zauważalne już teraz.
Z godziną 00:00 dnia 10 stycznia 2017 roku ustał import bułgarskich i mołdawskich win z niższej półki cenowej. Kioski na terenie całego kraju zaprzestały sprzedaży papierosów na sztuki. Inicjatywa Wolne Konopie zakończyła swoją działalność.
Według ministerstwa zdrowia osoby starsze nie muszą już chować tramalu przed wnukami.
Popek Monster odwołuje koncerty. W wielką trasę po wszystkich diecezjach wyrusza Arka Noego.
Ojcowie w całym kraju wyrzucają koszulki z napisem „Mam piękną córkę, ale mam też broń, łopatę i alibi”. Reklamodawcy wycofują się z serwisów XVideos, PornHub i RedTube.
Ministerstwo edukacji oraz ministerstwo kultury spodziewają się znaczącego wzrostu zainteresowania twórczością Mickiewicza. Planowany jest reprint tzw. wydania jubileuszowego dzieł zebranych.
Według komentatorów politycznych poparcie dla partii Korwin spadnie do poziomu błędu statystycznego.
Trądzik młodzieńczy jest w odwrocie. Uczniowie nie poznają się w lustrach.

niedziela, 8 stycznia 2017

TEN SIĘ ŚMIEJE

France Gall to fascynująca postać. Złote dziecko europejskiej estrady, dysponowała zachwycająco naiwną barwą głosu. Bywalcy nadmorskich dyskotek świetnie ją znają jako dziewczynę od piosenki Ella Ella! (hu hu hu huuu! hu hu huuu!). Mnie zajarały jej występy z końca lat 60.
Na licznych festiwalach w Niemczech objawiała się (mimo lat dwudziestuparu) jako niewinna trzynastolatka u cioci na imieninach (średnia wieku widowni z pewnością przekraczała czterdziestkę). Jakby było to mało absurdalne, cała rzecz odbywała się w towarzystwie kilkudziesięcioosobowych big bandów w czarnych garniturach i konferansjerów noszących koszule z żabotami tudzież wielkie kwiaty w butonierkach. Zresztą morza kwiatów wyłaniały się z najdziwniejszych miejsc kosmicznych estrad RFN-u.

Niemieckie ciotki i wujowie z rezerwą oklaskiwali tę lekko przygarbioną dwudziestolatkę, której ruch sceniczny był wspaniale nieporadny, tak jakby co chwilę brała rozmach, żeby wykonać jakiś większy krok, ale i tak dreptała w miejscu. W piosenkach wyznawała, że czeka na mężczyznę, który będzie trochę jak Goethe, trochę jak Bonaparte. Nazywali ją małą laleczką z Francji.
Kilka lat wcześniej, jako wyzywająca szesnastolatka w zepsutym Paryżu śpiewała Laisse tomber les filles i śmiała się wulgarnie (całym garniturem perlistych zębów) w teledysku Gainsbourga. Wspaniałe uosobienie Lolity wtórującej psu na baby gorszemu niż ten z Nabokova.
No i dali się nabrać niemieccy mieszczanie. Ale ponoć nie gorzej niż sama Gall, gdy w 1966 roku śpiewała swój wielki przebój Les sucettes. Gainsbourg napisał jej kawałek o anyżowych lizakach i o tym, że podlotka znajduje się w raju, gdy słodycz spływa jej do gardła. Podobno Gall dopiero kilka miesięcy później, w czasie trasy koncertowej po Japonii, zorientowała się, o czym tak naprawdę śpiewa.

czwartek, 5 stycznia 2017

JEDZĄC SAŁATKĘ, RADUJESZ SWĄ MATKĘ

Rodacy, piszę to z wielkim bólem. Chciałbym być wegetarianinem, ale tak bardzo kocham kebaby, że czasem się skuszę. Wy też znacie uwodzicielską moc baraniny (zastępowanej czasem wołowiną) podawanej w chrupiącym placku z miłym sosikiem. Niemniej najwyższy czas zrezygnować z kebabów. Brak popytu = brak podaży. Jeśli nie chcesz Turków w kraju, wróć do polskich obyczajów. Czyli:

Opcja rygorystyczna. Absolutny koniec jedzenia w nocnych barach. To zwyczaj ze zgniłego Zachodu, który na dodatek utrzymuje migrantów ze Wschodu (w dyskursie biznesowym to lose-lose). Wypiłeś, to na głodnego wracaj na chatę, bo matka czeka z kolacją. Sałatka warzywna z majonezem ładnie się przegryzła. Ewentualnie można dostać rybę po żydowsku w pobliskiej karczmie, ale Polakom nie wypada.

Opcja realistyczna. Jeść tylko i wyłącznie w polskich barach nocnych. Ustawiać się w kolejce po pajdę chleba ze smalcem. Opędzlowywać na ulicy flaczki z plastiku. Zapychać się po przepiciu pierogami z wody. No i oczywiście sałatka warzywna z majonezem ładnie się przegryzła. Ku chwale ojczyzny.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

STAŃCZYK NA MIARĘ MOŻLIWOŚCI

Obejrzałem Szopkę Noworoczną TVP, bo miałem chandrę. Przerodziła się w tęgą migrenę, gdyż widowisko pod względem estetycznym okazało się pomyjami po Kaczmarskim, ale za to bez odrobiny nieporadnego wdzięku, jaki cechował Studio YaYo. Z uwagi na rozmach realizacyjny wyglądało to jakby ekipa TVP Historia starała się zrobić Jaką to melodię. Jeśli zaś chodzi o jednoznaczność polityczną, to oczywiście polegało to na tym, że niepokorni artyści przedstawiali główną narrację Prawa i Sprawiedliwości.
No i tego się spodziewaliśmy, no i o czym tu gadać. Ale osobliwe było, że ta narracja obejmowała nie rok 2016, a w zasadzie wszystko, co się działo przez 8 lat rządów Tuska i Kopacz. Więcej nawet, bo jedną z głównych postaci stał się ten gość z wąsami, który był prezydentem w czasach, gdy nosiłem do przedszkola rajtuzy (straszne to było). Dzisiaj nikt go nawet nie followuje na twitterze ani nie trolluje na wykopie. Zapomniałem nazwiska.
Serio, rzecz trwała 52 minuty, dopiero w połowie można się było zorientować, że jest już po 2015 roku. Wcześniej - na pierwszym planie Komorowski i jego, hehe, otyła małżonka oraz reszta ekipy: ten przystojniak, który jakieś trzy lata temu przestał być ministrem transportu, gość, który chyba dwa lata temu przestał być ministrem spraw wewnętrznych, przedstawiciele lewicy parlamentarnej (było kiedyś coś takiego?) i, uwaga, uwaga, Waldemar Pawlak (najstarsi ludowcy twierdzą, że kiedyś był wicepremierem). Tuskowi poświęcono bodaj pięć piosenek, co przewyższa liczbę jego występów w polskiej telewizji, odkąd wyjechał do Brukseli.
Później okazało się, że jednak przez ostatni rok rządził kto inny i zdrowy kolektyw aktorski w jednym momencie zasygnalizował nawet pewne wypaczenia, ale na szczęście doprowadzono rzecz do pointy: "no nie wszystko się udaje tej władzy, przyznajmy, są kłopoty kadrowe i wpadki" - wyrecytowało dziewczę obdarzone świadomością rewolucyjną. "Mój Boże, prezes, choć niezrównany, wszędzie być nie może" - zawtórował Jerzy Zelnik przebrany za księdza. Trzeba przyznać, że dobrze go obsadzono w roli kaznodziei. Natomiast nie całkiem fortunne było przydzielenie tego współpracownika bezpieki do piosenki o Komorowskim: "mocno go trzymały służby / bo w archiwum tkwi lojalka".
Wszystko to, rzecz jasna, było śmiertelnie nudne i, jak to bywa w polskich kabaretach, sprowadzało się przede wszystkim do humoru opartego na tym, że ktoś śmiesznie wygląda. Barack Obama jako zbieracz bawełny, Angela Merkel jako cycata kelnerka z Oktoberfestu. Do tej galerii osobliwości dołączył autor scenariusza, Marcin Wolski. W refleksyjnej końcówce przedstawił się jako Stańczyk, ten sam, który rzucał najpotężniejszemu z królów Polski odważne, mądre i bezkompromisowe szyderstwa. I to było naprawdę śmieszne. Aż coś we mnie implodowało.

sobota, 16 lipca 2016

O CZYM NIE MÓWIMY

Z całym szacunkiem dla ofiar zamachu w Nicei. O niczym innym telewizje informacyjne nie trąbią od bladego świtu. Na bieżąco pokazują nam składanie kwiatów i zapalanie zniczy. Pytają przechodniów, czy są w szoku. Mówią, że są w szoku. Pytają Andrzeja Seweryna (bo mieszka we Francji, więc się zna), czy jest mu przykro. Mówi, że jest mu przykro. Pytają ekspertów, co jest istotą terroryzmu na Zachodzie. Mówią, że prawdopodobnie radykalizm i problemy z integracją. Czyli nie wiedzą. Bo niby kiedy mieli się dowiedzieć? Przerabialiśmy to po kolei przy okazji wszystkich zamachów w ostatnich tygodniach i mamy równie powierzchowne odpowiedzi na każde pytanie. A jednak spoglądamy w tę studnię telewizyjnej grozy i ja też siedzę i oglądam. Bo tak naprawdę guzik nas obchodzi życie naszych dzieci. Nie chce nam się dyskutować o reformie szkolnictwa, choć to ona w dużym stopniu zdefiniuje życie kolejnego pokolenia. Znacznie bardziej obchodzi nas śmierć na deptaku w Nicei.

NOWA SZKOŁA DYPLOMACJI

Boris Johnson został szefem brytyjskiej dyplomacji. Wydawało się, że były mer Londynu chce uniknąć politycznego samobójstwa, jakim byłoby wzięcie symbolicznej odpowiedzialności za Brexit. Dlatego chyłkiem wycofał się z wyścigu o urząd premiera. Tymczasem dostał zadanie równie niebezpieczne, za to nieporównanie mniej prestiżowe. Ponoć Napoleon, gdy któryś z oficerów za bardzo rósł w siłę, dawał mu awans i posyłał na front. Coś podobnego zrobiła Theresa May. Różnica polega na tym, że napoleońscy oficerowie byli żołnierzami, Johnson za to dyplomatą nie jest w żadnym stopniu.

sobota, 9 kwietnia 2016

MROCZNY RYCERZ I KOSZTOWNI STATYŚCI

Długo zwlekałem z obejrzeniem Mrocznego rycerza. Nie staram się specjalnie nadążać za tym nurtem kina, choć nie brzydzą mnie flirty z komiksową estetyką. Z ogromną przyjemnością oglądałem Sin City, a filmy Tarantino uważam (zapewne niesłusznie) za arcydzieła. W świetle etyczno-estetycznej teorii Krzysztofa Zanussiego jestem niepoprawnym bankrutem intelektualnym.

W końcu włączyłem sobie Mrocznego rycerza, bo skoro film przez osiem lat, które minęły od premiery, urósł do rangi kultowego, to coś w nim musi być. Tytuł wciąż wspominany jest z estymą w audycjach radiowych i knajpianych dyskusjach, a Heath Ledger jako Joker zajmuje niezłe miejsca w zestawieniach najlepszych ról w historii kina.

No, Ledger faktycznie dobry, ale spuściłbym z tonu, bo reszta obsady psuje zabawę. To trochę zaskakujące, kiedy weźmiemy pod uwagę, jak brawurowo Christian Bale wypadł na przykład w American Psycho. W roli Batmana tanio wziął drogie pieniądze, bo w ogóle nie gra twarzą, a wcale nie zawsze ma ją zasłoniętą. Mniej więcej to samo robi Aaron Eckhart w roli prokuratora Denta, to znaczy nie używa mimiki. Oczywiście wypada w tym gorzej niż Bale, ponieważ nie nosi maski. Eckharta ratuje jedynie fakt, że od pewnego momentu połowę twarzy ma odartą ze skóry w wyniku poparzenia.

Ale i tym efektownym zjawiskiem, prosto z kina klasy C, nie potrafię się cieszyć, mimo wyżej wspomnianego bankructwa. W głowie krążą mi natrętne pytania. Nie chodzi nawet o to, że ta otwarta rana ewidentnie faceta nie boli. Zakładam po prostu, że Eckhart ma twarz słabo unerwioną, co tłumaczyłoby też, dlaczego nią nie gra. Zastanawiam się natomiast, czemu on nic nie pije, mając połowę ust, z braku części warg i policzka, nieustannie otwartą. Przecież śluzówka w takiej sytuacji szybko wysycha! Mimo to Dent, nie nawadniając się, toczy długie perory.

A z peror tych wynika, że prokurator, który przez cały film był dobrą osobą, ni z tego ni z owego stał się mordercą niewiniątek. Ja wiem, trauma, te rzeczy, ale jakoś trudno zaakceptować taką zmianę u człowieka, który przedtem był niczym innym jak herosem w płowej fryzurze. Dzięki której, nota bene, wygląda na figurę woskową Roberta Redforda – prawie jak żywy.

Co ciekawe, pod koniec filmu również główny bohater zastanawia się, czy on sam jest tak do końca dobrą osobą. Te filozoficzne rozważania – odważne jak na faceta, który w kostiumie nietoperza co noc spuszcza łomot przypadkowym przechodniom, nie licząc się też z mieniem prywatnym i publicznym – szybko zostają urwane. Najwyraźniej twórcy filmu konsekwentnie trzymali się założenia, że nie jest to dzieło dla osób po jedenastym roku życia, toteż nie wolno go przeładować treścią.

W końcowych scenach z głębokiej śpiączki wybudza się Gary Oldman (komendant policji) i, w odróżnieniu od reszty ekipy, zaczyna grać twarzą, choć przedtem zajmował się głównie posiadaniem wydatnego wąsa. Od tego momentu jest na co popatrzeć. Ale niestety to już koniec filmu, Mroczny Rycerz odjeżdża na fajnym motorze, peleryna furgoce i w towarzystwie patetycznej muzyki słyszymy z offu: „On nie jest bohaterem... ale milczącym strażnikiem... czujnym obrońcą... Mrocznym Rycerzem.”

Oczywiście film ma też plusy, jak niewielka rola Michaela Caine'a. Szkoda, że nie zagrał Batmana.

czwartek, 3 grudnia 2015

NOWY KOLORYT

Gdzieś na fb mignęło mi zdjęcie prezydenta Dudy w Sejmie. W komentarzach słowa zachwytu dla głowy państwa, która, jak się okazuje, roztacza niezwykłą aurę także na wystrój sali plenarnej. "Jaki piękny bukiet biało-czerwonych kwiatów" - ktoś westchnął. Scrolluję dalej, ale męczy mnie to. Przecież chodzi o ten wazon z kwiatami w narodowych barwach, który od wielu lat znajduje się po lewej ręce marszałka. Bukiet na zdjęciu nie wyglądał szczególnie dorodnie, okrągły w formie, biało-czerwony w treści, jak zwykle. Ale może. Może kiedyś stał tam brzydki bukiet czarno-białych kwiatów.

czwartek, 22 października 2015

PSIA SŁUŻBA ZDROWIA

Tako rzecze Janusz Korwin-Mikke: „Jedyna firma, która działa przyzwoicie w medycynie to jest weterynaria. Bo nie ma tam Ministerstwa Chorych Psów, nie ma Narodowego Funduszu Zdrowia Kotów i dlatego firma działa bezbłędnie, działa trzy razy taniej."

Trzy refleksje. 1. Żeby ludzka służba zdrowia zaczęła się opłacać, trzeba natychmiast usypiać wszystkich ciężej chorych. 2. Ministerstwo Chorych Psów miałoby tak fantastyczny pr i zasięg na fb, że praca w nim byłaby najlepszą ścieżką kariery dla wszystkich czworo- i dwunogów. 3. Ciasteczka czyszczące zęby zamiast pasty i szczotki.

Kraków, 22 X 2015

piątek, 26 września 2014

PARYTETY DLA PISARZY

Igor Ostachowicz, pod presją opinii publicznej, zrezygnował z pełnienia funkcji w zarządzie PKN Orlen, choć posiada świetne kwalifikacje do podjęcia tej pracy. Zdumienie niektórych komentatorów, że były doradca premiera przechodzi do branży paliwowej, można uzasadnić chyba tylko niewiedzą. Do zajęć Ostachowicza miało należeć dbanie o public relations i komunikację korporacyjną, nie usprawnienie dystrybucji ropy lub benzyny.

Zabawne jest to, że teraz minister skarbu, zgodnie z procedurami, zarekomenduje po prostu inną osobę. Raczej związaną z sektorem prywatnym niż kancelarią premiera, bo Polacy są w stanie zaakceptować bardzo wysokie zarobki biznesmenów, ale nie byłych urzędników. Stawki w radzie nadzorczej Orlenu się nie zmienią – 2 miliony złotych rocznie, o których trąbią media, nie zostaną teraz rozdane biednym – po prostu otrzyma je kto inny niż Ostachowicz. Wszyscy odetchnęli, między innymi Grzegorz Schetyna, który, jak sam ujawnia, poczuł „wielką ulgę”.

Ja jednak wołam: czemu nie Ostachowicz? Może napisałby w międzyczasie książkę równie dobrą jak Noc żywych Żydów. I domagając się pisarskich parytetów na posadach rządowych, rekomenduję, jako gliwicki patriota, Szczepana Twardocha i Krzysztofa Siwczyka. Na pewno się w razie potrzeby nauczą, czym jest ład korporacyjny. Równie szybko, jak Schetyna zostanie wytrawnym dyplomatą.

Gliwice, 26 IX 2014

środa, 10 września 2014

POLSKOŚĆ ŚLĄSKA. WIEŚĆ Z BERLINA

Obejrzałem niedawno serial Nasze matki, nasi ojcowie. Recepcja w Polsce co najmniej histeryczna, choć wielkich powodów po temu nie ma – w mojej ocenie wszystkie wątki są prawdopodobne, łącznie z antysemicką postawą niektórych żołnierzy Armii Krajowej. Trochę szkoda, że nie zaproszono do współpracy aktorów mówiących po naszemu równie przekonująco, jak statyści z Czterech pancernych wykrzykiwali Hände hoch! Ale mniejsza o to.

Zastanawia mnie tylko, czemu bohaterowie, według wyświetlanych na ekranie napisów, znajdują się w czasie wojny w takich miejscowościach jak Gliwice, Polen czy Klodzko, Polen. Mój dziadek miał w dowodzie osobistym PRL podobny anachronizm – urodzony 24.8.1936, Lviv, ZSRR – ale to były inne czasy! Jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję, to po prostu przyznanie się po latach do odwiecznej polskości ziem, które po Wielkiej Wojnie niesłusznie przypadły Republice Weimarskiej. Wprawdzie według dostępnych danych większość mieszkańców Gleiwitz i Glatz uważała się za Niemców, zaś język Goethego służył im zarówno w kontaktach publicznych, jak intymnych – mein schöner Vogel – ale siła słowiańskiej krwi ma znaczenie decydujące.

Niestety w serialu jeden z podgliwickich chłopów raczy uciekających z transportu do Oświęcimia bohaterów śrutem z dwururki, myślę jednak, że możemy, jako naród, wziąć odpowiedzialność za ten incydent. Ceną jest prawda o Ziemiach Odzyskanych. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas zachodni sąsiedzi przyznają nam prawa do Drezna, Lipska i Berlina, przedwiecznych osiedli słowiańskich.

Gliwice, 10 IX 2014

niedziela, 1 grudnia 2013

DROGA 969. HISTORIA PRAWDZIWA

W Zetce leciało Comment ça va. Długo czekał na dobrą nutę, bo ciągle puszczają Patrycję Markowską i inne gwiazdeczki – zamiast przypomnieć czasy, kiedy „życie było mocne, szybkość też niczego sobie”. Zwiększył głośność, żeby czuć w żebrach wibrowanie basu. Zapalił goździkową fajkę. Z wolna rozchodził się aromat luksusu, zagłuszając woń dawno nie pranej kurtki puchowej. Ostrowsko zalecało się omszałymi gontami, sidingiem gdzieniegdzie. Padał śnieg, ale wszystkiego nawet przez miesiąc nie przykryje.

Na szczęście wlokący się przodem autobus na Szczawnicę zwolnił przed wysepką z przejściem dla pieszych. Po prawej szkoła podstawowa. Ale przecież o tej porze wszystkie dzieci śpią w jeziorze. To był moment na nadrobienie dystansu. Ostro przyspieszył, skrzynia biegów szarpnęła siedzeniem. Tuż za wysepką wychylił się zza zasłaniającego widok autobusu – tak jak przypuszczał, nic nie jechało. Zresztą nawet gdyby. Od zawsze chciał umrzeć w ten sposób. Z fajką w ustach, z dobrą nutą w uszach. Z pełnym busem zadowolonych klientów.

Kraków (Wichury), 1 XII 2013