Rodacy, piszę to z wielkim bólem. Chciałbym być wegetarianinem, ale tak bardzo kocham kebaby, że czasem się skuszę. Wy też znacie uwodzicielską moc baraniny (zastępowanej czasem wołowiną) podawanej w chrupiącym placku z miłym sosikiem. Niemniej najwyższy czas zrezygnować z kebabów. Brak popytu = brak podaży. Jeśli nie chcesz Turków w kraju, wróć do polskich obyczajów. Czyli:
Opcja rygorystyczna. Absolutny koniec jedzenia w nocnych barach. To zwyczaj ze zgniłego Zachodu, który na dodatek utrzymuje migrantów ze Wschodu (w dyskursie biznesowym to lose-lose). Wypiłeś, to na głodnego wracaj na chatę, bo matka czeka z kolacją. Sałatka warzywna z majonezem ładnie się przegryzła. Ewentualnie można dostać rybę po żydowsku w pobliskiej karczmie, ale Polakom nie wypada.
Opcja realistyczna. Jeść tylko i wyłącznie w polskich barach nocnych. Ustawiać się w kolejce po pajdę chleba ze smalcem. Opędzlowywać na ulicy flaczki z plastiku. Zapychać się po przepiciu pierogami z wody. No i oczywiście sałatka warzywna z majonezem ładnie się przegryzła. Ku chwale ojczyzny.
O mnie
- Łukasz Łoziński
- Literaturoznawca, antropolog. 2005 r. - laureat ogólnopolskiego konkursu na cykl wierszy (ex aequo z kilkunastoma innymi uczestnikami). 2010 r. - zaliczenie z logiki. W przyszłości liczy na kolejne sukcesy.
czwartek, 5 stycznia 2017
poniedziałek, 2 stycznia 2017
STAŃCZYK NA MIARĘ MOŻLIWOŚCI
Obejrzałem Szopkę Noworoczną TVP, bo miałem chandrę. Przerodziła się w tęgą migrenę, gdyż widowisko pod względem estetycznym okazało się pomyjami po Kaczmarskim, ale za to bez odrobiny nieporadnego wdzięku, jaki cechował Studio YaYo. Z uwagi na rozmach realizacyjny wyglądało to jakby ekipa TVP Historia starała się zrobić Jaką to melodię. Jeśli zaś chodzi o jednoznaczność polityczną, to oczywiście polegało to na tym, że niepokorni artyści przedstawiali główną narrację Prawa i Sprawiedliwości.
No i tego się spodziewaliśmy, no i o czym tu gadać. Ale osobliwe było, że ta narracja obejmowała nie rok 2016, a w zasadzie wszystko, co się działo przez 8 lat rządów Tuska i Kopacz. Więcej nawet, bo jedną z głównych postaci stał się ten gość z wąsami, który był prezydentem w czasach, gdy nosiłem do przedszkola rajtuzy (straszne to było). Dzisiaj nikt go nawet nie followuje na twitterze ani nie trolluje na wykopie. Zapomniałem nazwiska.
Serio, rzecz trwała 52 minuty, dopiero w połowie można się było zorientować, że jest już po 2015 roku. Wcześniej - na pierwszym planie Komorowski i jego, hehe, otyła małżonka oraz reszta ekipy: ten przystojniak, który jakieś trzy lata temu przestał być ministrem transportu, gość, który chyba dwa lata temu przestał być ministrem spraw wewnętrznych, przedstawiciele lewicy parlamentarnej (było kiedyś coś takiego?) i, uwaga, uwaga, Waldemar Pawlak (najstarsi ludowcy twierdzą, że kiedyś był wicepremierem). Tuskowi poświęcono bodaj pięć piosenek, co przewyższa liczbę jego występów w polskiej telewizji, odkąd wyjechał do Brukseli.
Później okazało się, że jednak przez ostatni rok rządził kto inny i zdrowy kolektyw aktorski w jednym momencie zasygnalizował nawet pewne wypaczenia, ale na szczęście doprowadzono rzecz do pointy: "no nie wszystko się udaje tej władzy, przyznajmy, są kłopoty kadrowe i wpadki" - wyrecytowało dziewczę obdarzone świadomością rewolucyjną. "Mój Boże, prezes, choć niezrównany, wszędzie być nie może" - zawtórował Jerzy Zelnik przebrany za księdza. Trzeba przyznać, że dobrze go obsadzono w roli kaznodziei. Natomiast nie całkiem fortunne było przydzielenie tego współpracownika bezpieki do piosenki o Komorowskim: "mocno go trzymały służby / bo w archiwum tkwi lojalka".
Wszystko to, rzecz jasna, było śmiertelnie nudne i, jak to bywa w polskich kabaretach, sprowadzało się przede wszystkim do humoru opartego na tym, że ktoś śmiesznie wygląda. Barack Obama jako zbieracz bawełny, Angela Merkel jako cycata kelnerka z Oktoberfestu. Do tej galerii osobliwości dołączył autor scenariusza, Marcin Wolski. W refleksyjnej końcówce przedstawił się jako Stańczyk, ten sam, który rzucał najpotężniejszemu z królów Polski odważne, mądre i bezkompromisowe szyderstwa. I to było naprawdę śmieszne. Aż coś we mnie implodowało.
sobota, 16 lipca 2016
O CZYM NIE MÓWIMY
Z całym szacunkiem dla ofiar zamachu w Nicei. O niczym innym telewizje informacyjne nie trąbią od bladego świtu. Na bieżąco pokazują nam składanie kwiatów i zapalanie zniczy. Pytają przechodniów, czy są w szoku. Mówią, że są w szoku. Pytają Andrzeja Seweryna (bo mieszka we Francji, więc się zna), czy jest mu przykro. Mówi, że jest mu przykro. Pytają ekspertów, co jest istotą terroryzmu na Zachodzie. Mówią, że prawdopodobnie radykalizm i problemy z integracją. Czyli nie wiedzą. Bo niby kiedy mieli się dowiedzieć? Przerabialiśmy to po kolei przy okazji wszystkich zamachów w ostatnich tygodniach i mamy równie powierzchowne odpowiedzi na każde pytanie. A jednak spoglądamy w tę studnię telewizyjnej grozy i ja też siedzę i oglądam. Bo tak naprawdę guzik nas obchodzi życie naszych dzieci. Nie chce nam się dyskutować o reformie szkolnictwa, choć to ona w dużym stopniu zdefiniuje życie kolejnego pokolenia. Znacznie bardziej obchodzi nas śmierć na deptaku w Nicei.
NOWA SZKOŁA DYPLOMACJI
Boris Johnson został szefem brytyjskiej dyplomacji. Wydawało się, że były mer Londynu chce uniknąć politycznego samobójstwa, jakim byłoby wzięcie symbolicznej odpowiedzialności za Brexit. Dlatego chyłkiem wycofał się z wyścigu o urząd premiera. Tymczasem dostał zadanie równie niebezpieczne, za to nieporównanie mniej prestiżowe. Ponoć Napoleon, gdy któryś z oficerów za bardzo rósł w siłę, dawał mu awans i posyłał na front. Coś podobnego zrobiła Theresa May. Różnica polega na tym, że napoleońscy oficerowie byli żołnierzami, Johnson za to dyplomatą nie jest w żadnym stopniu.
sobota, 9 kwietnia 2016
MROCZNY RYCERZ I KOSZTOWNI STATYŚCI
Długo
zwlekałem z obejrzeniem Mrocznego rycerza.
Nie staram się specjalnie nadążać za tym nurtem kina, choć nie brzydzą mnie
flirty z komiksową estetyką. Z ogromną przyjemnością oglądałem Sin City, a filmy
Tarantino uważam (zapewne niesłusznie) za arcydzieła. W świetle
etyczno-estetycznej teorii Krzysztofa Zanussiego jestem niepoprawnym bankrutem
intelektualnym.
W
końcu włączyłem sobie Mrocznego rycerza, bo skoro film przez osiem lat, które
minęły od premiery, urósł do rangi kultowego, to coś w nim musi być. Tytuł
wciąż wspominany jest z estymą w audycjach radiowych i knajpianych dyskusjach,
a Heath Ledger jako Joker zajmuje niezłe miejsca w zestawieniach najlepszych
ról w historii kina.
No,
Ledger faktycznie dobry, ale spuściłbym z tonu, bo reszta obsady psuje zabawę.
To trochę zaskakujące, kiedy weźmiemy pod uwagę, jak brawurowo Christian Bale wypadł na przykład w American
Psycho. W roli Batmana tanio wziął drogie pieniądze, bo w ogóle nie gra
twarzą, a wcale nie zawsze ma ją zasłoniętą. Mniej więcej to samo robi Aaron
Eckhart w roli prokuratora Denta, to znaczy nie używa mimiki. Oczywiście wypada w
tym gorzej niż Bale, ponieważ nie nosi maski. Eckharta ratuje jedynie fakt, że
od pewnego momentu połowę twarzy ma odartą ze skóry w wyniku poparzenia.
Ale
i tym efektownym zjawiskiem, prosto z kina klasy C, nie potrafię się cieszyć,
mimo wyżej wspomnianego bankructwa. W głowie krążą mi natrętne pytania. Nie
chodzi nawet o to, że ta otwarta rana ewidentnie faceta nie boli. Zakładam po
prostu, że Eckhart ma twarz słabo unerwioną, co tłumaczyłoby też, dlaczego nią nie
gra. Zastanawiam się natomiast, czemu on nic nie pije, mając połowę ust, z
braku części warg i policzka, nieustannie otwartą. Przecież śluzówka w takiej
sytuacji szybko wysycha! Mimo to Dent, nie nawadniając się, toczy długie
perory.
A
z peror tych wynika, że prokurator, który przez cały film był dobrą osobą, ni z
tego ni z owego stał się mordercą niewiniątek. Ja wiem, trauma, te rzeczy, ale
jakoś trudno zaakceptować taką zmianę u człowieka, który przedtem był niczym
innym jak herosem w płowej fryzurze. Dzięki której, nota bene, wygląda na
figurę woskową Roberta Redforda – prawie jak żywy.
Co
ciekawe, pod koniec filmu również główny bohater zastanawia się, czy on sam
jest tak do końca dobrą osobą. Te filozoficzne rozważania – odważne jak na
faceta, który w kostiumie nietoperza co noc spuszcza łomot przypadkowym
przechodniom, nie licząc się też z mieniem prywatnym i publicznym – szybko
zostają urwane. Najwyraźniej twórcy filmu konsekwentnie trzymali się założenia,
że nie jest to dzieło dla osób po jedenastym roku życia, toteż nie wolno go
przeładować treścią.
W
końcowych scenach z głębokiej śpiączki wybudza się Gary Oldman (komendant
policji) i, w odróżnieniu od reszty ekipy, zaczyna grać twarzą, choć przedtem zajmował się głównie posiadaniem wydatnego wąsa. Od tego momentu jest na co popatrzeć. Ale niestety to już
koniec filmu, Mroczny Rycerz odjeżdża na fajnym motorze, peleryna furgoce i w
towarzystwie patetycznej muzyki słyszymy z offu: „On nie jest bohaterem... ale
milczącym strażnikiem... czujnym obrońcą... Mrocznym Rycerzem.”
Oczywiście
film ma też plusy, jak niewielka rola Michaela Caine'a. Szkoda, że nie zagrał
Batmana.
czwartek, 3 grudnia 2015
NOWY KOLORYT
Gdzieś na fb mignęło mi zdjęcie prezydenta Dudy w Sejmie. W komentarzach słowa zachwytu dla głowy państwa, która, jak się okazuje, roztacza niezwykłą aurę także na wystrój sali plenarnej. "Jaki piękny bukiet biało-czerwonych kwiatów" - ktoś westchnął. Scrolluję dalej, ale męczy mnie to. Przecież chodzi o ten wazon z kwiatami w narodowych barwach, który od wielu lat znajduje się po lewej ręce marszałka. Bukiet na zdjęciu nie wyglądał szczególnie dorodnie, okrągły w formie, biało-czerwony w treści, jak zwykle. Ale może. Może kiedyś stał tam brzydki bukiet czarno-białych kwiatów.
czwartek, 22 października 2015
PSIA SŁUŻBA ZDROWIA
Tako rzecze Janusz Korwin-Mikke: „Jedyna firma, która działa
przyzwoicie w medycynie to jest weterynaria. Bo nie ma tam Ministerstwa Chorych
Psów, nie ma Narodowego Funduszu Zdrowia Kotów i dlatego firma działa
bezbłędnie, działa trzy razy taniej."
Trzy refleksje. 1. Żeby
ludzka służba zdrowia zaczęła się opłacać, trzeba natychmiast usypiać
wszystkich ciężej chorych. 2. Ministerstwo Chorych Psów miałoby tak
fantastyczny pr i zasięg na fb, że praca w nim byłaby najlepszą ścieżką kariery
dla wszystkich czworo- i dwunogów. 3. Ciasteczka czyszczące zęby zamiast pasty
i szczotki.
Kraków, 22 X 2015
Kraków, 22 X 2015
piątek, 26 września 2014
PARYTETY DLA PISARZY
Igor Ostachowicz, pod presją opinii publicznej, zrezygnował z pełnienia funkcji w zarządzie PKN Orlen, choć posiada świetne kwalifikacje do podjęcia tej pracy. Zdumienie niektórych komentatorów, że były doradca premiera przechodzi do branży paliwowej, można uzasadnić chyba tylko niewiedzą. Do zajęć Ostachowicza miało należeć dbanie o public relations i komunikację korporacyjną, nie usprawnienie dystrybucji ropy lub benzyny.
Zabawne jest to, że teraz minister skarbu, zgodnie z procedurami, zarekomenduje po prostu inną osobę. Raczej związaną z sektorem prywatnym niż kancelarią premiera, bo Polacy są w stanie zaakceptować bardzo wysokie zarobki biznesmenów, ale nie byłych urzędników. Stawki w radzie nadzorczej Orlenu się nie zmienią – 2 miliony złotych rocznie, o których trąbią media, nie zostaną teraz rozdane biednym – po prostu otrzyma je kto inny niż Ostachowicz. Wszyscy odetchnęli, między innymi Grzegorz Schetyna, który, jak sam ujawnia, poczuł „wielką ulgę”.
Ja jednak wołam: czemu nie Ostachowicz? Może napisałby w międzyczasie książkę równie dobrą jak Noc żywych Żydów. I domagając się pisarskich parytetów na posadach rządowych, rekomenduję, jako gliwicki patriota, Szczepana Twardocha i Krzysztofa Siwczyka. Na pewno się w razie potrzeby nauczą, czym jest ład korporacyjny. Równie szybko, jak Schetyna zostanie wytrawnym dyplomatą.
Zabawne jest to, że teraz minister skarbu, zgodnie z procedurami, zarekomenduje po prostu inną osobę. Raczej związaną z sektorem prywatnym niż kancelarią premiera, bo Polacy są w stanie zaakceptować bardzo wysokie zarobki biznesmenów, ale nie byłych urzędników. Stawki w radzie nadzorczej Orlenu się nie zmienią – 2 miliony złotych rocznie, o których trąbią media, nie zostaną teraz rozdane biednym – po prostu otrzyma je kto inny niż Ostachowicz. Wszyscy odetchnęli, między innymi Grzegorz Schetyna, który, jak sam ujawnia, poczuł „wielką ulgę”.
Ja jednak wołam: czemu nie Ostachowicz? Może napisałby w międzyczasie książkę równie dobrą jak Noc żywych Żydów. I domagając się pisarskich parytetów na posadach rządowych, rekomenduję, jako gliwicki patriota, Szczepana Twardocha i Krzysztofa Siwczyka. Na pewno się w razie potrzeby nauczą, czym jest ład korporacyjny. Równie szybko, jak Schetyna zostanie wytrawnym dyplomatą.
Gliwice, 26 IX 2014
środa, 10 września 2014
POLSKOŚĆ ŚLĄSKA. WIEŚĆ Z BERLINA
Obejrzałem niedawno serial Nasze matki, nasi ojcowie. Recepcja w Polsce co najmniej
histeryczna, choć wielkich powodów po temu nie ma – w mojej ocenie wszystkie
wątki są prawdopodobne, łącznie z antysemicką postawą niektórych żołnierzy
Armii Krajowej. Trochę szkoda, że nie zaproszono do współpracy aktorów
mówiących po naszemu równie przekonująco, jak statyści z Czterech pancernych wykrzykiwali Hände hoch! Ale mniejsza o to.
Zastanawia mnie tylko, czemu bohaterowie, według wyświetlanych
na ekranie napisów, znajdują się w czasie wojny w takich miejscowościach jak Gliwice, Polen czy Klodzko, Polen. Mój dziadek miał w dowodzie osobistym PRL podobny
anachronizm – urodzony 24.8.1936, Lviv, ZSRR – ale to były inne czasy! Jedyne
wytłumaczenie, jakie znajduję, to po prostu przyznanie się po latach do
odwiecznej polskości ziem, które po Wielkiej Wojnie niesłusznie przypadły
Republice Weimarskiej. Wprawdzie według dostępnych danych większość mieszkańców
Gleiwitz i Glatz uważała się za Niemców, zaś język Goethego służył im zarówno w
kontaktach publicznych, jak intymnych – mein schöner Vogel – ale siła słowiańskiej krwi ma znaczenie decydujące.
Niestety w
serialu jeden z podgliwickich chłopów raczy uciekających z transportu do
Oświęcimia bohaterów śrutem z dwururki, myślę jednak, że możemy, jako naród,
wziąć odpowiedzialność za ten incydent. Ceną jest prawda o Ziemiach
Odzyskanych. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas zachodni sąsiedzi przyznają nam
prawa do Drezna, Lipska i Berlina, przedwiecznych osiedli słowiańskich.
Gliwice, 10
IX 2014
niedziela, 1 grudnia 2013
DROGA 969. HISTORIA PRAWDZIWA
W
Zetce leciało Comment ça va. Długo
czekał na dobrą nutę, bo ciągle puszczają Patrycję Markowską i inne gwiazdeczki
– zamiast przypomnieć czasy, kiedy „życie było mocne, szybkość też niczego
sobie”. Zwiększył głośność, żeby czuć w żebrach wibrowanie basu. Zapalił
goździkową fajkę. Z wolna rozchodził się aromat luksusu, zagłuszając woń dawno
nie pranej kurtki puchowej. Ostrowsko zalecało się omszałymi gontami, sidingiem gdzieniegdzie. Padał śnieg, ale
wszystkiego nawet przez miesiąc nie przykryje.
Na
szczęście wlokący się przodem autobus na Szczawnicę zwolnił przed wysepką z przejściem
dla pieszych. Po prawej szkoła podstawowa. Ale przecież o tej porze wszystkie
dzieci śpią w jeziorze. To był moment na nadrobienie dystansu. Ostro
przyspieszył, skrzynia biegów szarpnęła siedzeniem. Tuż za wysepką wychylił się
zza zasłaniającego widok autobusu – tak jak przypuszczał, nic nie jechało. Zresztą
nawet gdyby. Od zawsze chciał umrzeć w ten sposób. Z fajką w ustach, z dobrą
nutą w uszach. Z pełnym busem zadowolonych klientów.
Kraków
(Wichury), 1 XII 2013
czwartek, 15 listopada 2012
DZIENNIK WŁOSKIEGO PARTYZANTA. FRAGMENT
Jest
ciężko. Wszyscy tęsknimy za pastą u mamy. W nocy temperatura spada poniżej 20
stopni. Wczoraj wzięła nas taka ochota na wino, że po kryjomu zeszliśmy do wioski.
Zrywamy owoce z krzaka i jemy, tak po prostu, jak zwierzęta, nie ma nawet czasu czekać, aż sfermentuje i
swoje odleży w piwnicy. Dziś przed świtem zabraliśmy jednemu z wieśniaków
wieprza – upieczony na ognisku w niczym nie przypominał prosciutto. Czekamy z
utęsknieniem na zrzuty, bo zabrakło kawusi, pijemy zwykłą wodę artezyjską z etruskich pucharów. Kiedyż ta wojna się skończy? Od trzech miesięcy nie byłem w operze.
Kraków
(Wichury), 12 XI 2012
środa, 10 października 2012
OSTENTACJA. CUDZA ANEGDOTA
Prof.
Robotycki opowiadał nam na seminarium o młodszym koledze, z którym siedział w
czasie stanu wojennego. Jako nieszczególnie groźni mieli prawo do korzystania
nie tylko z więziennej biblioteki – niestety powyrywane
wszelkie sceny erotyczne – ale też ze zbiorów własnych. Otóż ów młodszy sąsiad
poprosił rodzinę o przysłanie wydanych w formie książkowej akt z procesów
norymberskich. Zawczasu przygotowywał się do zamiany ról.
Kraków
(Wichury), 10 X 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)